Rumunia 2009
 

Przypominamy, że każdą trasę trzeba najpierw sprawdzić pod kątem zmian jakie mogły nastąpić od czasu przebycia jej przez środowisko, które opisało trasę. Bazy noclegowe mogły zostać zlikwidowane, a szlaki zmodyfikowane. Każda trasa musi być też ułożona pod możliwości kondycyjne i zainteresowania uczestników obozu!

Obóz Rumunia 2009

Opis: pwd. Krzysztof Widłak

Organizator: 21.WDW „Stare Żbiki"

Uczestnicy: wędrownicy z 21.WDW, łącznie 20 osób w wieku od 18 do 24, bardzo zróżnicowani pod względem doświadczenia górskiego i obozowego.
 

Uwagi ogólne dotyczące obozu:

Transport:

Podczas obozu korzystaliśmy z 3 rodzajów środków transportu: pociągów, autobusów i stóp. Najpierw dojechaliśmy nocnym pociągiem z Warszawy do Przemyśla (z przesiadką w Łańcucie), następnie wsiedliśmy w autobus do Lwowa - zarezerwowaliśmy bilety wcześniej, co było bardzo sensowne. Uwaga - ten autobus choć ma (miał) napisane na stronie, że jedzie przez dw. kolejowy we Lwowie, to jest to ściema (o czym dowiedzieliśmy się od kierowcy; autobus dojeżdża tylko do d.a. Stryjskiego).Trzeba marszrutami (odpowiednik miejskich autobusów - są wielkości małych busików, bilet da się nabyć tylko u kierowcy, często też mają tylko napisaną na sobie nazwę pętli bez trasy) jakoś przetransportować się do dworca kolejowego (co nie jest jakieś bardzo trywialne).

We Lwowie wsiedliśmy w pociąg do Sołotwyna - miasta na granicy Ukraińsko-Rumuńskiej. Tam kończy się linia kolejowa, aczkolwiek tuż za granicą zaczyna się znowu. Granicę pokonaliśmy na piechotę, co wydaje się najsensowniejszą opcją (dziękuję Alkowi Jankowskiemu który taki wariant zasugerował). Po Rumunii poruszaliśmy się pociągami i doraźnie zorganizowanym busikiem.

Powrót wyglądał podobnie, bilety mieliśmy kupione wcześniej. I o ile w kwestii pociągu ukraińskiego i busa do Przemyśla wygraliśmy na tym, to niestety poprzez 2godzinne stanie na granicy polsko-ukraińskiej spóźniliśmy się na bezpośredni pociąg do Warszawy, co spowodowało pewne problemy. Polecam więc dojechanie busem do przejścia w Medyce, przejście granicy na piechotę i dojechania busikiem do Przemyśla.

Jeszcze jedna ważna rzecz - karty ‘migracyjne' (nie pamiętam jak się nazywają) - czyli taki świstek jaki dają do wypełnienia na granicy z Ukrainą, należy BARDZO dokładnie i dobrze wypełnić i nie gubić.

Ogólnie ten sposób dostania się na północ Rumunii w Rodniany uważam za najlepszy - biorąc pod uwagę takie rzeczy jak koszt, czas, wygoda, możliwość zobaczenia Lwowa i ogólna sensowność. Istnieje też jeszcze autobus z Przemyśla do Suczawy - miasto na wschód do Rodnianów - niestety jest on drogi, no i jedzie się strasznie długo jednym autobusem, co zmniejsza zdecydowanie komfort podróży.


Zakwaterowanie:

Poza nocami w pociągach spaliśmy w 4-osobowych namiotach typu Skaut firmy Marabut, raz zdarzyło nam się spać w chatce ichniejszego GOPRu. Chyba istnieje prawo zabraniające rozbijania się w parkach narodowych, ale tylko na papierze.

Warunki sanitarne (nabieranie wody, mycie się, pranie) w górach: strumień.


Zaopatrzenie & Wyżywienie:

Przygotowywaliśmy we własnym zakresie, poza Lwowem, gdzie rozdaliśmy obozowiczom pieniądze na obiad. Poza tym na śniadania jedliśmy kanapki (chleb kupiony dwa dni wcześniej jeszcze jest jadalny, kupiony 3 dni wcześniej już mniej) lub kaszki i płatki na mleku w proszku. Na obiady jedliśmy kiełbasę a potem soję (gotowaną i potem smażoną) z wypełniaczem (np. makaron).

Posiłki wymagające ugotowania/usmażenia robiliśmy na ogniskach (w wielu miejscach było to spokojnie do wykonania), bądź na kuchenkach benzynowych (wyżej w górach już nie ma czym palić. W parku narodowym tez nie paliliśmy ognisk).

Ogólnie w Polsce kupiliśmy produkty na 1szą część obozu (Alpy Rodniańskie), następnie uzupełniliśmy zapasy już w Rumunii na drugą część - nie było z tym problemu w miastach.

Z wodą zwykle nie było problemów, choć w jednym miejscu przydały się tabletki do odkażania wody.


Trasa & Mapy:

Obóz odbywał się na północy Rumunii, byliśmy w dwóch pasmach - Alpach Rodniańskich (Alpami są tylko z nazwy, bo je podobno trochę przypominają) i Kelimenach. Pierwsze pasmo jest typu połoninowego, bardzo ładne pod względem widokowym. Ma jeden główny szlak, który przechodzi się w ok. tydzień. Kelimeny to góry pochodzenia wulkanicznego, przez co są tam ciekawe formacje skalne (trochę podobne do tych na Jurze, ale zbudowane z ciemniejszej i bardziej przyczepnej skały).

Planowaliśmy też przejść przez Suhard, tj. pasmo między ww., aczkolwiek zmieniliśmy trasę (i dobrze się stało).

Ogólnie w Rumunii stałym elementem krajobrazu są stada owiec, pasterze i psy pasterskie.

Korzystaliśmy z przyzwoitych map węgierskiego wydawnictwa Dimap, dostępne są w Polsce (w sklepie Podróżnika oraz w księgarni internetowej z Białegostoku).

Koszt:

Ostatecznie wyszedł ok. 650zł na uczestnika. Wyszłoby mniej, gdybyśmy nie wracali expresem z Krakowa do Warszawy (wynikło to z opóźnienia na granicy). Ogólnie Ukraina i Rumunia to dość tanie kraje pod względem kosztów transportu i jedzenia.

Język:

Tylko lokalny. Mieliśmy wśród uczestników osobę mówiącą płynnie po rosyjsku, co okazało się bardzo pomocne na Ukrainie, w Rumunii dają tylko język angielski tylko na przejściu granicznym, co jednak nie było jakieś bardzo przeszkadzające.

 

TRASA OBOZU:

Dzień 1:
Warszawa

Ponieważ jechaliśmy pociągiem nocnym do Przemyśla, spotkaliśmy się ok. 14 na pakowanie rzeczy wspólnych (to zawsze zajmuje sporo czasu, poza tym dobrze, jak uczestnicy mają czas na ew. powrót do domu po coś, czego zapomnieli). Wysłaliśmy grupę specjalną na dworzec zachodni by zajęła nam przedziały podczas gdy pozostałe osoby wsiadały na dworcu centralnym.


Dzień 2:
- Łańcut - Przemyśl - Lwów -

Przesiadka w Łańcucie dała nam czas na opowiedzenie przy pomocy grupy ‘zwiedzanie' o Lwowie. W Przemyślu szybko kupiliśmy zarezerwowane wcześniej bilety (podobno ten autobus w święta (a był to 15.VIII) jeździ tylko jak jest zapotrzebowanie). Na granicy dostaliśmy do wypełnienia karteczki od straży granicznej - warto dopytać co i jak wypełnić.

We Lwowie dość ciekawą czynnością było kupowanie biletów - po pierwsze odsyłano nas ciągle do innego okienka, poza tym nie można kupić więcej niż 8 biletów na raz, więc pani sprzedawała nam po 8, po czym przepuszczała kolejne osoby.

Na stacji we Lwowie mieliśmy nieprzyjemne spotkanie z Ukraińskimi celnikami, którzy za nieprawidłowe wypełnienie kart migracyjnych chcieli nas wrócić na granicę z Polską. Wyraźnie chodziło im o łapówkę, więc niestety zapłaciliśmy „mandacik" i dali nam spokój. Łapówka nie była droga (chyba 500UAH za cały obóz), ale niesmak pozostał.

Pociągi na wschodzie są bardzo fajne, bezprzedziałowe, z łóżkami. Niestety jest w nich zwykle bardzo gorąco i nie da się otworzyć okien.


Dzień 3, ok. 11GOTów:
- Sołotwyno - Syghiet Marmaroski - Dealu Stefanitiei - wejście w góry - La Jgheaburi (1400m.)

Pociąg dojechał bez opóźnień. Do granicy szło się ok. 2 kilometrów, celnicy byli całkiem mili (choć dwóch spotkanych przez nas turystów miało kłopot, bo wpisało inne miejsce przekroczenia granicy na magicznej karteczce, więc nie chciano ich przepuścić). Po stronie rumuńskiej było całkiem spoko, Syghiet jest całkiem ładnym miastem.

Opowieści z przewodników o tym, że koleje Rumuńskie są stare, w kasach telefonicznie kasjerki dowiadują się, czy są jeszcze miejsca w pociągu i piszą ołówkiem na kartkach są nieprawdziwe i przepisywane z poprzednich lat. Obecnie pociągi są moim zdaniem lepsze niż w Polsce, system sprzedaży jest skomputeryzowany, nie ma żadnych problemów.

Pociągiem ok. dwóch godzin jechaliśmy do Dealu - miejscowości skąd da się wyjść w Rodniany.
1.jpg

Góry te mają to do siebie, że są bardzo wymyślnie oznaczane szlaki (system kolorów i kształtów), niestety w terenie szlak ma tendencję do znikania lub dziwnego schodzenia ze ścieżek i ogólnie nie lubią one turystów. To spowodowało że już 1szego dnia nie doszliśmy za wyznaczone miejsce, tylko rozbiliśmy się wcześniej, przy chatce pasterza.

Tu ważna uwaga: pasterze mają przy chatkach dostęp do czystej wody lub znają miejsca źródeł - wiedza ta bardzo często może się przydać. Dobrze jest więc mieć przygotowane na taką okazję coś w rodzaju prezentu - my niestety zapomnieliśmy o tym, więc dawaliśmy doraźnie czekolady. Ogólnie pasterze spodziewają się papierosów, których jednak postanowiliśmy im nie dawać, tylko na drugie góry zakupiliśmy megapaczki zapałek.

Obiad przygotowany na ognisku, woda pitna od pasterza, nocleg na przełęczy.


Dzień 4, ok. 15 GOTów,
La Jgheaburi - główny szlak rodniański (czerwony) - Tarnita Batranei (1735m.)


Dzień wędrowny. Widoki bardzo ładne, połoninnie. Pogoda dopisywała. Można spotkać na szlaku konie. Mieliśmy problem ze znalezieniem źródła wody, ponieważ wszędzie przy potokach były odchody zwierząt, w związku z tym postanowiliśmy odkażać wodę - być może dzięki temu nikt się nie zatruł. Obiad robiony na kuchenkach, ponieważ już nie było drewna.
2.jpg

Dzień 5, ok. 6GOTów na ciężko.

Tarnita Batranei - Tarnita la Cruce - nieudany atak na Pietrosul (2303m.).

Bardzo krótki dzień (6GOT), wstępnie miał być stały, niestety nie doszliśmy dnia poprzedniego do planowanego miejsca. Ogólnie uważam, że zrobiliśmy bez sensu, bo dzień 6-GOTowy jest ni to wędrowny, ni to stały (nie czuje się, że się odpoczywa). Nocleg przy jeziorku la Cruce, ładna okolica, dobre miejsce do ataku na najwyższy szczyt Karpat Wschodnich. Niestety nieudany, gdyż szybciej na Pietrosie była burza (a przynajmniej dawała sygnały, że będzie tam szybciej). Trasa na szczyt przepiękna, ładne jeziorka i dolinki.
3.jpg

Ponieważ nie zdobyliśmy Pietrosa tego dnia, wieczorem postanowiliśmy zostać tu na jeden dzień dłużej, co spowodowało diametralną zmianę planów całego obozu, która oznacza, że zamiast przechodzić do Kelimenów przez Suhard, schodzimy do Rondy i przejeżdżamy w Kelimeny - inaczej nie wyrobilibyśmy się czasowo, a mieliśmy kupione bilety powrotne.

 

Dzień 6
Dzień stały, zdobycie Pietrosa.

Tym razem udało się zdobyć najwyższy szczyt na naszej drodze. Niestety znajdował się w chmurach, także z pięknych widoków nici. Na szczęście poniżej szczytu było widać całkiem fajne rzeczy, w tym jezioro z okładki mapy J.
4.jpg
Z Tarnita la Cruce jest dość blisko na Pietrosa, więc wycieczka wróciła szybko, dzięki czemu resztę dnia można było przeznaczyć na zajęcia i kominek obrzędowy.

 

Dzień 7, 16,5 GOTa
Tarnita la Cruce - jeziorko Cailor


Trasa niedługa, całkiem przyjemna (idzie się cały czas głównym grzbietem Rodnianów). Z ciekawostek przy jeziorku spotkaliśmy wielu turystów, którzy też tam nocowali. Ponieważ kończyła nam się benzyna, a przed nami były jeszcze dwa noclegi przed zejściem do cywilizacji, postanowiliśmy spróbować ugotować obiad na ognisku - co się udało. Niemniej jednak o ile samo gotowanie na kosówce jest spoko, to zbieranie jej jest straszne - drzewo bardzo elastyczne, więc siekierka ma z nim duże problemy. Po tym zbieraniu drewna zdecydowaliśmy, że kupujemy po obozie porządną siekierę Fiskarsa. I tak mieliśmy szczęście, ze znaleźliśmy suchą kosówkę.


Dzień 8, 25GOTów
Jeziorko Cailor - Salvamont Curatel.

Ostatni dzień całkowicie w Rodnianach zaskoczył nas na zakończenie. Otóż na mapie była zaznaczona chatka, spodziewaliśmy się jednak blaszanej, pełnej fekaliów budy (jak to znajduje się na Pietrosie). A tutaj zaskoczenie - porządny, drewniany dom, z piecem, piętrem, oddzielnym zamkniętym pomieszczeniem dla Salvamontu (ichniejszy GOPR), miejsce na ognisko, blisko strumienie - po prostu żyć nie umierać.

Oczywiście z chatki skorzystaliśmy, zrobiliśmy ognisko, gdyż było na tyle nisko, że rosły już drzewa.

5.jpg

Dzień 9, 15GOTów

Salvamont - Rodna - Ilva Mica - Vatra Dornei

Dzień zejścia do Rodnej. Rano przez nasz obóz przeszło stado owiec, których pilnowały dwa psy pasterskie, na szczęście dość statycznie. Schodziło się całkiem dobrze, gdyż nie było stromo. Po zejściu do Rodnej zrobiliśmy zakupy na drugą część obozu w całkiem dobrze zaopatrzonym sklepie (choć mleko w proszku było np. dla dzieci do 3 lat - nie wiem jak maluchy mogą to jeść).

Szukaliśmy również jakiegoś transportu w Kelimeny. Teoretycznie był jakiś pociąg, może jeździły jakieś autobusy, ale nie znaleźliśmy żadnego rozkładu.

Ostatecznie nasz transport sam nas znalazł - przez to, że parę grup chodziło po mieście pytać o autobusy, po pewnym czasie, jak byczyliśmy się przed sklepem jedząc jabłka podarowane nam przez miłą babcię, zaczęli podjeżdżać różni ludzie oferujący nam przewiezienie. Z oferty za 5 lei od osoby za przejazd do Ilva Micy skorzystaliśmy. Ogólnie polecam taki sposób szukania, bo właśnie nawet jak się nie znajdzie niczego konwencjonalnego, to okoliczni mieszkańcy mogą sami się do nas zgłosić J.

W Ilva Micy spędziliśmy kilka godzin czekając na pociąg osobowy, gdzie zjedliśmy kebaba (mięso mielone w bułce). W zasadzie lepiej by było podjechać wcześniej nieco droższym pociągiem do Vatra Dornei, gdyż Vatra to miasto dużo ciekawsze od Ilva Micy. Z ciekawostek jeszcze trafiliśmy na rumuńskie wesele.

W Vatrze byliśmy więc wieczorem, próbowaliśmy zostawić w restauracji nadmiarowy płyn do mycia naczyń, po czym ruszyliśmy w stronę gór. Planowaliśmy się rozbić tuż nad miastem, ostatecznie wylądowaliśmy na skraju parku (z którego ruszał szlak), w którym było ujęcie czystej wody. W związku z tym wystawiliśmy warty i nie rozkładaliśmy namiotów.


Dzień 10,  22GOTy
Vatra Dornei - niebieskim trójkątnym szlakiem do skrzyżowania kilku ścieżek (25st.15' i 47st.16')

Trasa dość zróżnicowana - pierw szliśmy przez mega zaturyszczone okolice miasta (m.in. stadnina koni, kolejki linowe, etc). To był mało fajny fragment. Następnie weszliśmy w las, gdzie marsz opóźniały lawinowo występujące maliny. Później szło się już normalnie. Miejsce noclegu nie było niczym szczególnym - skrzyżowaniem kilku ścieżek, z chatą pasterza obok.

Oprócz tego tamtego dnia dołączył do nas 21. uczestnik - pies nazwany Pasztet. Jak się potem okazało - towarzyszył nam przez resztę wędrówki przez Kelimeny, szczekał na psy pasterskie, chodził na wycieczki na lekko. Obóz zżył się z nim bardzo, przez co zostawienie go na stacji w Toplicie było bardzo smutne.


Dzień 11, 20GOTów
Szlak niebieskich trójkątów - rezerwat 12 apostołów - nocleg: 25st.10' 47st.10'


Tego dnia na szlaku zobaczyliśmy największą atrakcję Kelimenów - rezerwat 12 apostołów. Chodzi o wymienione na samym początku skały pochodzenia wulkanicznego, które przybrały ciekawe formy. Apostołami to bym ich w życiu nie nazwał, aczkolwiek ładne były. Dało się też na nie wejść, co było dodatkowo fajne.
6.jpg

Spotkaliśmy wtedy również mało przyjemne psy pasterskie, które jednak nie zbliżały się bliżej niż na odległość kijka trekkingowego. Nie próbowaliśmy schodzić ze ścieżki w stronę owiec, być może wtedy podchodziły by bliżej.

Nocleg mieliśmy dość daleko od wody. Znów nocowaliśmy w zupełnie niecharakterystycznym miejscu, więc nie mogę go bardziej opisać niż współrzędnymi geograficznymi - acz dla użytkowników map wydawnictwa Dimap to wystarczy.


Dzień 12, 12 GOTów
Szlak czerwonego kółka - północne stoki Pietrosa na szlaku w czerwone krzyżyki.

Typowy kelimeński dzień. Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale charakterystyczne dla tego pasma od pewnej wysokości jest brodzenie w krzakach jałowca otaczających ścieżki, często w połączeniu w kosodrzewinie. Nie jest to specjalnie przyjemne i opóźnia trochę marsz, acz da się przeżyć. Tego dnia również spotykaliśmy jałowiec. Chyba tego dnia dwie osoby spaliły próbę Trzech Piór na milczku. Rozbiliśmy się wcześniej niż planowaliśmy (co niestety było dla nas charakterystyczne w tych górach), aczkolwiek miejsce bardzo do tego zachęcało, w szczególności, że następny dzień miał być stały.


Dzień 13
Dzień stały, wejście na Pietrosa (2100m).

Owszem, w Kelimenach najwyższym szczytem również jest Pietros (Pietrosul). Ogólnie w Rumunii nie mają jakiegoś nabożeństwa do nazw, choć zdarzają się rarytasy jak Gura Haiti :P.

Wejście na Pietrosa po szlaku, który się gubił, momentami dość stromo lub przez kosówkę. Widok ze szczytu ładny, widać dawną kopalnię. Schodziliśmy częściowo ówczesną jutrzejszą drogą, gdzie spotkaliśmy jar o głębokości 2-3metrów i szerokości ok. 5 metrów, przecinającego naszą ścieżkę, dzięki czemu mogliśmy się zastanawiać jak go jutro pokonać z plecakami.

Osoby, które zostały w obozowisku miały świetną okazję do częstych kąpiel (strumień tworzył fajne baseny) i do opalania się.


Dzień 14, 19GOTów
Północne stoki Pietrosa - przejście obok starej kopalni - trochę za Polaną Zebrac.

7.jpg

Jara pokonaliśmy tworząc z ludzi taśmę na plecaki, a ludzie nietaśmowi na lekko przechodzili przez jara w najpłytszym punkcie. Operacja zajęła chyba ponad 40minut. Widok na kopalnie nadal ładny, można się pogubić przy plątaninie szlaków jak też zrobiliśmy. Nocleg przy słabym sztucznie utworzonym chyba wodopoju dla zwierząt. Wieczorem też część obozowiczów słyszała mocne, jednostajnie poruszające się kroki lub szuranie, więc przed ew. niedźwiedziem przywiązaliśmy całe jedzenie do drzewa, co ostatecznie okazało się niepotrzebne, choć sama czynność przywiązywania przez drzewo była głupawkogenna


Dzień 15, 17 GOTów
Za polaną Zebrac - szlak pomarańczowej kreski - Toplita.
8.jpg

Zejście do cywilizacji bez większych problemów. Tam jednak spotkaliśmy romskie dzieci, które niestety jak poczęstuje się jedno dziecko czymś, to zlecą się wszystkie z okolicy i nie dadzą już spokoju. Toplita była miastem niezbyt przyjemnym dla oczu (w przeciwieństwie do Syghietu). Jedyne kartki pocztowe dostępne przedstawiały tamtejszy basen i hotel. Możliwość zrobienia zakupów duża, była tam również pizzeria, w której całkiem tanio zjedliśmy obiad. Czekając na pociąg nocny na stacji zrobiliśmy podsumowanie obozu. Pociąg pewnie dlatego że jechał aż z Bukaresztu osiągnął opóźnienie chyba 3godzin.

Musieliśmy na stacji pożegnać Paszteta, i by go odciągnąć na bok kupiliśmy karmę dla psów - niestety, nasz Pasztet był mądry i nie dał się zwieść zwykłą karmą i prawie wskoczył do pociągu.

Pociąg był pełen ludzi śpiących w poprzek siedzeń, więc najpierw dużo czasu nam zajęło pobudzenie ich lub znalezienie wolnych miejsc. Podróż pociągiem nie była więc komfortowa.


Dzień 16
- Syghiet Marmaroski - Sołotwyno -

Przez opóźnienie pociągu i nieodpowiednie godziny odjazdów autobusów nie udało nam się zwiedzić Wesołego Cmentarza w Sapancie, który podobno jest bardzo ciekawy.

Zjedliśmy śniadanie na dworcu po czym ruszyliśmy w stronę granicy, żeby - w przypadku dłuższego postoju na granicy z Ukrainą - nie ryzykować ew. spóźnienia na pociąg.  Na granicy po stronie rumuńskiej miło, szybko i przyjemnie, po stronie ukraińskiej już mniej. Dość duży ruch się odbywał (była kolejka), pani celniczka nie pozwoliła nam siedzieć na ziemi, bo tam jej trawa rośnie, niemniej jednak obyło się bez sprawdzania plecaków i ogólnie poszło szybciej niż się spodziewałem.

9.jpg

Dzięki temu mieliśmy czas na leniuchowanie, spanie, dokończenie niedokończonych zajęć i kupowanie ukraińskiej chałwy. W pociągu oczywiście duszno, na szczęście teraz (bo bilety kupione dwa tygodnie temu) mieliśmy wszystkie miejsca koło siebie.


Dzień 17
- Lwów - Przemyśl - Kraków - Warszawa.

Pociąg do Lwowa dojechał bez opóźnień. Ponieważ była to niedziela, mieliśmy pewien problem ze znalezieniem otwartych sklepów rano, na szczęście udało się kupić produkty na śniadanie. Dojazd na dworzec autobusowy oczywiście nie trywialny, dowiedzieliśmy się od lokalsów o numer linii jaka tam dojeżdża i którą ulicą jedzie (ogólnie przystanki we Lwowie pojawiają się tam, gdzie zajdzie taka potrzeba). Przypadkiem przejeżdżała marszruta tej linii ulicą przecinającą naszą w czasie gdy tamtędy szliśmy, więc biegiem do niej wsiedliśmy.

Na dworcu autobusowym tłok, miejsc w autobusie mniej niż ludzi z biletami (przejazd ten obsługiwał chyba ukraiński przewoźnik). Autobus rozklekotany, co chyba pomagało mrówkom - jedna pasażerka przez całą podróż upychała w przeróżne miejsca paczki papierosów.

Do granicy jechało się spoko (chociaż czuje się zmianę granicy po nawierzchni - naprawdę, są drogi gorsze niż polskie). Na granicy jednak zatrzymano nasz autobus do szczegółowej kontroli, która nie wiem po co była, skoro mrówki przejechały normalnie. Niestety ponad godzinne opóźnienie na granicy spowodowało, że uciekł nam bezpośredni pociąg do Warszawy. Za pomocą rodziny z dostępem do Internetu udało nam się zmodyfikować trasę jeszcze na przejściu granicznym (która potem i tak się zmieniała, choć bilety mogliśmy kupić mądrzej czyli taniej). Ostatecznie pojechaliśmy pospiesznym do Krakowa a stamtąd burżujskim expresem do Warszawy, także zdążyliśmy wrócić jeszcze tego samego, zaplanowanego dniaJ.


   

Komentarze użytkowników  
 


Dodaj swój komentarz
Nazwa
E-mail
Tytuł  
 
Komentarz
 
Dozwolone liczba znaków: 600
   Zawiadom mnie o nadchodzących komentarzach
  W celu weryfikacji odpowiedz prawidłowo na poniższe pytanie:
18M         2NI      
  T    O    C A   NPJ
  J   31O   T C      
  9    Q    K D   WKL
  4         FTI      
   
   

Żaden komentarz nie wystawiony



mXcomment 1.0.6 © 2007-2012 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
następny artykuł »